Były szef MSZ z Lewicy Andrzej Szejna stał się w ostatnim czasie bohaterem afery zegarkowej. Teraz w rozmowie z „Super Expressem” polityk szerzej opowiedział o sprawie i przedstawił nową wersję, która w jego ocenie zamyka temat.
Wszystko zaczęło się od nagrania, które szeroko obiegło media społecznościowe. Jeden z dziennikarzy telewizji wPolsce24 zapytał polityka, o zegarek na jego ręku. Zapytał, czy to Omega, a Szejna potwierdził. Dziennikarz od razu dopytał, dlaczego w takim razie tak drogi zegarek nie znalazł się w oświadczeniu majątkowym. Polityk był bardzo zmieszany, zaczął wycofywać się ze swoich słów o marce zegarka, ale nie chciał go pokazać.
Teraz w rozmowie z „Super Expressem” Szejna opowiedział szerzej o sprawie. „Głupia sprawa. To jest wakacyjna pamiątka prezent, którą kupiłem z myślą o synu. To replika, której koszt nie przekracza kilkuset euro. Fajnie wygląda, od czasu do czasu zakładałem ją do pracy, ale powiem szczerze, że nigdy nie spodziewałbym się, że może być źródłem takiego zamieszania” – powiedział Szejna.
„(…) powinienem to przyznać od razu. Przepraszam. Byłem wtedy myślami zupełnie gdzie indziej i się poplątałem. Niemniej chcę podkreślić, że od początku mówiłem, że moje oświadczenie majątkowe jest rzetelne i że nie posiadam żadnego zegarka powyżej kwoty 10 000 złotych” – powiedział Szejna.
Polityk potwierdził też, że posiada więcej zegarków, ale nie posiadają one wartości uzasadniającej ich wpisanie do oświadczenia majątkowego. „Zgodnie z przepisami do oświadczenia wpisujemy zegarki o wartości powyżej 10 000 złotych, a żaden z prezentowanych na fotografiach w mediach zegarek Atlantic, Frederique Constant czy Certina nie przekraczają tej wartości” – zapewnił Szejna.
Przeczytaj również:
- Hołownia o znanym polityku Polski 2050: „Powinien opuścić partię”
- Sondaż. Prawie wszyscy tracą. Zaskakuje PSL
- Zapytał Bosaka czy chciałby być leczony sprzętem WOŚP. Takiej odpowiedzi się nie spodziewał [WIDEO]
Źr. se.pl






